19 maja 2016

Na urodziny

Jestem przekonana, że gdy Twoje dziecko jest zaproszone na urodziny zachodzisz w głowę co mogłoby się stać prezentem z tej okazji. 
Właśnie to traumatyczne zdarzenie miało miejsce w moim życiu prawie rok temu. Przeglądałam zdjęcia zrobione i zapomniane na moim telefonie gdzie w sumie z zadowoleniem odkryłam pamiątkę tamtego wydarzenia. Traumatyczne ponieważ nie jestem zbyt towarzyska. Nie umiem narzucać się w rozmowie czy chociażby znaleźć wspólny język z osobami, których tak na prawdę nie znam. Owszem mijamy się w szatni, mówimy sobie dzień dobry i na tym znajomość się kończy. W przypadku gdy idziemy na urodziny do tych ludzi gdzie docelowym gościem jest moje dziecko a ja jestem tylko niewolnikiem tej sytuacji zupełnie nie wiem co mam robić. Moją tragedię pogłębia fakt, że rodzice pozostałych, zaproszonych dzieci doskonale się znają, bądź sprawiają takie wrażenie, w związku z czym prowadzą żywą dyskusję na temat sushi, którego nota bene nie cierpię, oraz restauracji Magdy Gessler, w której nie byłam i być nie mam zamiaru. Nie umiem zaistnieć w takiej sytuacji bo przecież nie mam nic do powiedzenia na poruszony temat z resztą nie ma sensu włączać się do rozmowy, w której realnie rzecz ujmując nie biorę udziału. Moje "nie wiem, nie lubię, nie znam się" nic nie wniesie do dialogu a rozmówcy prędko zapomną i pominą fakt, że w ogóle zabrałam głos. Także nie odzywam się. Przez dwie godziny  śledzę szalone zabawy moich dzieci czujących się jak ryby w wodzie w towarzystwie innych, na koniec obsługuję wręczone kawałki tortu, zbieram co nasze, grzecznie dziękuję w imieniu dzieci za zaproszenie i żegnam się z ulgą kierując się w stronę samochodu. Oto standardowy scenariusz takich sytuacji w moim wykonaniu. Na szczęście ukrytym bohaterem ratującym moje zszargane imię przez etykietę mruka, dziwaka, milczka, zawstydzonej, bladej statystki , jest portret dziecka wręczony gdzieś mimochodem rodzicom solenizantki czy jubilatki. Początkowo nic się nie wydarza tylko zwykłe dziękuję ale za to następnego dnia rano w  szatni... zbieram laury swoich starań i poświęceń gdzie mijając się w drzwiach  otrzymuję podziękowania ,których tak na prawdę nie musiało być bo przecież wypadało dać prezent, ale skoro był to najlepszy prezent jaki dziecko i rodzice jednocześnie otrzymali to radość moja jest spora i wspomnienie pozostaje świetliste zamiast posępne.


Pozdrawiam Was gorąco i życzę pogody :)

2 komentarze:

  1. Nieśmiało obserwuje rodziców na spacerach z wózkami, na placu zabaw, w przychodni i wyobrażam sobie te wszystkie stresujące sytuacje gdy moje dziecko pójdzie do szkoły i trzeba będzie się zaangażować społecznie. Już mnie to przeraża.

    Pomysł z portretem super. Czuj się zaproszona na urodziny mojej panienki 😉

    OdpowiedzUsuń
  2. O matko - jakbym o sobie czytała! (Poza tym super prezentem oczywiście...) A jeszcze jak mnie drażni taka integracja rodziców na siłę, pod przymusem. Kuuuurcze... przecież ja mam swoich znajomych ;)

    OdpowiedzUsuń

Twoje słowa karmią mojego bloga. Dziękuję!