24 grudnia 2018

Choinka 2018


Jak co roku od kilku już lat przesyłam Wam najlepsze życzenia bożonarodzeniowe pocztówką z moimi, rosnącymi krasnalami, byście te święta przeżyli w atmosferze pokoju i miłości płynącej od Bożej Dzieciny. Wesołych Świąt!

21 grudnia 2018

Champion Miś. Misiowa liga



Na początku grudnia tknęło mnie. Przypomniały mi się nagle wszystkie szyjątka jakich dokonałam przez ostatnie już osiem lat (bo osiem lat temu właśnie pierwszy raz zasiadłam do maszyny instruowana telefonicznie przez mamę jak się w ogóle do tego zabrać). Umiejętność szycia była moim marzeniem już w dzieciństwie. Musiałam o tym truć rodzicom bo kiedyś dostałam nawet zabawkową maszynę do szycia i rodzice wszystkich pragnących szyć dzieci nie róbcie tego swoim dzieciom! Nie kupujcie swoim pociechom zabawkowych maszyn bo więcej naprują sobie nerwów przy szyciu takim sprzętem niż można sobie wyobrazić (chyba, że zabawą jest samo napędzanie igły i przesuwanie się materiału przez "maszynę"). W dzisiejszych czasach mamy dostępność amatorskich maszyn, które prawdziwie szyją, którymi z powodzeniem można szyć ubrania, zabawki i domowe gadżety. Mamy portale gdzie można nabyć taniej używany sprzęt za niską cenę, często cenę zbliżoną do ceny zabawki, która maszyną nie jest bo jest zabawką.






Ja chciałam szyć a tylko się zniechęciłam na lata myślą, że to nie dla mnie...
...ale nie żałuje. Dziś z pełną świadomością swojego pragnienia wymyślam i spełniam nowe natchnienia i jest to dla mnie przyjemnością a nie przymusem. Kiedyś na jakimś forum przeczytałam wypowiedź dziewczyny po "odzieżówce", że nienawidzi szyć a niczego innego się w życiu nie nauczyła. Szyje z przymusu a przecież w młodości chodziło jej tylko o umiejętność szycia sobie ubrań bo uwielbia nowe ciuszki. Ja na szczęście robię to z pełną satysfakcją.
Większość rzeczy jakie uszyłam w życiu to zabawki. Inspiracją są moje dzieci, które nagle zaczęły dorastać a wizja zakończenia rozdziału z szyciem dla nich zabawek przerażała mnie widząc porzucone, zapomniane szyjątka jakie poczyniłam dla nich. Z odsieczą przybyła Łucja i niby kamień z serca lecz jednak... Przez ponad dwa lata jej życia nie uszyłam żadnej zabawki... dziś biję się w chrapy i błąd swój niezwłocznie naprawiam.
W ten oto sposób powstał miś. Miś uszyty z filcu, który jak głosi metka, wykonany jest ze zrecyklingowanych butelek! Niczego mu to nie ujmuje, wręcz dodaje chwały, a miś jest miły w dotyku i choć mocno napakowany wypełnieniem, miękki. Jego pyszczek to ukłuta, ufilcowana na sucho rzeźba i w sumie cały pomysł zaczął się od niego właśnie. Pokryty z tyłu haftowanym futrem. Brzuszek i łapki nafilcowane. Bardzo dopracowany powstawał w sumie kilka dni a Łucja choć mała swój rozumek ma i gdy tylko zmiarkowała się, że szykuje się miś skakała mi przy kolanie a parę razy nawet próbowała gwizdnąć misiową skórkę do zabawy. 


Jestem dumna ze swojej pracy. Kawał dobrej roboty i mówię to z pełną świadomością jakości wykonania a skromność musi poczekać. Dostałam już od dzieci zamówienie na rodzeństwo dla misia Łucji =) już mi błyszczą oczy.


A jeśli chodzi o nowe rodzeństwo i inspirację to tworzenia: braciszek przybędzie 6 lutego. Cesarskie cięcie zaplanowane i umówione już w szpitalu. I o ile nie mogę się doczekać o tyle jestem przerażona wizją rekonwalescencji.

Pozdrawiam ciepło :)

Ps: nie ma to jak naturalne kosmetyki ;)

4 grudnia 2018

Tak samo różne



To czym się różnimy może tak samo nas łączyć. Natury ludzkie łączy swoista logiczna sprzeczność. Zawsze poznając nowych ludzi lub ludzkie historie zadziwia mnie mnogość, różnorodność i niepowtarzalność cechująca każdą osobę. To co ma wpływ na naszą osobowość, to jacy jesteśmy, jak reagujemy, myślimy tworzy trójwymiarowy układ zależności gdzie wpływ mają takie  czynniki jak czas, miejsce, kultura, osoby, wydarzenia, wrodzone predyspozycje itd. To co nas buduje, miejsce w sieci zależności jest jedyne, niepowtarzalne i dotyczące tylko i wyłącznie nas. Poznaję ludzi będących na pierwszy rzut bardzo podobnymi do siebie, lub absolutnie różniącymi się a po bliższym poznaniu moja ocena nabiera nowego światła i nic już nie jest tak jak było. Nie mogę wyjść z podziwu jak bardzo różnię się z moimi braćmi i jednocześnie jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. Gdy patrzę na moje dzieci widzę to samo: tak podobnie różni, tak różnie podobni. Podobną parę tworzę z moją mamą i zupełnie inną parę podobnych relacji różnic i podobieństw tworzę z moją córką.

Zdawało by się, że relacja z córką jest rzeczą naturalną, intuicyjną i prostą. I nic bardziej błędnego! Podobno małżeństwo to tak jakby kota i psa wypuścić w rejs po rozgniewanym morzu małą łódką. Macierzyństwo względem córki i na odwrót to tak jakby w klatce zamknąć dwie lwice a każda z nich głodna. Jesteśmy babami. Obie. Wszystkie baby są babami. Przepraszam kobiety, które nie czują się babą ale jesteście nimi! Najeżone emocjami, z zaprogramowaną amplitudą hormonów, poranione, poustawiane przez kulturę, wychowanie, presje społeczne itd. Jednocześnie czułe i wyniosłe, dumne i pokorne, harde i wrażliwe. Jak żyć w takiej obudowie cech w harmonii i logice? Jak bezbłędnie dać błądzić? Jak dać być sobą nie zatracając siebie? Szczerze: ja jeszcze nie wiem. Ogarnia mnie strach na myśl o niepowodzeniach jakie przebiegły przez moje natarczywości lub pobłażania. Ale jedno czego jestem pewna co jest prawdą absolutną i najwyższym dobrem w budowaniu każdej relacji jest miłość. Bez miłości nawet najmądrzejsza relacja będzie, idąc z duchem czasu, jak światłowód bez internetu. Jaka jest miłość? Jaką być powinna? To już zostało dokładnie określone. Zrobił to dawno temu niejaki Paweł z Tarsu choć prawdopodobnie Ktoś mu pomógł. "Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą." Jak dla mnie mistrzowska kompilacja. Niezaprzeczalnie mądre słowa. 


Ja, dopiero uczę się budować relację. Budować świadomie. Nie jest łatwo z całym bagażem zranień zdobytych w latach młodości. Zranień historycznych, prababć, babci, mamy, moich przekazywanych bezwiednie z pokolenia na pokolenie. Dopiero uświadamiam sobie jaki wpływ miało moje wychowanie i dalej historycznie wychowanie mojej mamy, babci na to jak wychowuję i odnoszę się do dzieci. Jak łatwo jest zapomnieć, że nie jesteśmy kopiarkami. Dzieci nie będą, nie powinny być kopiami rodziców. Bardzo bym nie chciała a ile już sytuacji było gdzie narzucałam swoje racje. "Ja w twoim wieku" itd.

Nie wiem jak być dobrą matką.Nie znam recepty. Ani doświadczeniem ani wiedzą na ten temat chwalić się nie mogę. Powoli uświadamiam sobie jak nie być złą matką. Nie raz jednak emocje, zmęczenie biorą górę a w tej sytuacji mnożone razy dwa bo i ja i moja córka jesteśmy osobnymi istnieniami. Moje emocje mają wpływ na nią a jej na mnie i tak oto nieustannie oddziałujemy na siebie. Czym właściwie jest relacja? Czasem mówimy "nie mam z nim relacji". Czyli nie oddziałujemy. Relacja to  odzwierciedlenie oddziaływania między dwoma bądź większą liczbą podmiotów. Stosunek bądź zależność, związek zachodzący pomiędzy osobami. Nie ma opcji by uznać, że nie ma się relacji z osobą tak bliską jak dziecko czy rodzic. Kwestią jest tylko jakość tej zależności.


Jak to jest u mnie/ u nas?
Pracuję nad tym by relacja była dobra: w sensie zdrowa. To ciężka praca. Patrząc z mojej strony wymaga głównie pracy nad sobą. To nauka cierpliwości, pokory, opanowania... nauka miłości (patrz wyżej). Jedyne co mogę zasugerować drugiej osobie z jaką wchodzę w relacje to postępowanie według zasad miłości. Nie powinnam ich jednak narzucać. Zdrowa relacja postępuje według wspólnie ustalonych definicji. Zgodnie i w porozumieniu. A dzieci uczą się przez naśladownictwo. Morał z dzisiejszego rozmyślania jest jednoznaczny i jednocześnie punkt pierwszy na mojej liście "jak żyć b nie oszaleć wespół w zespół z córką": żyj i postępuj tak jak życzysz innym by żyli.
Ps: gdyby każdy wobec każdego postępował wg zasad miłości mielibyśmy raj na ziemi. To tylko jedna, prosta rzecz a jak trudna do przeskoczenia...
Ps': Sporo dziś antytez, oksymoronów i paradoksów a najlepsze jest to, że prawie jednak robi różnicę bo to nie jest jedno i to samo ;)

 


A na zdjęciach razem z Estera mamy czapy zrobione przeze mnie. Zdjęcia sprzed miesiąca (jaki mały brzuch!) Nie mam doświadczenia w robieniu na drutach więc proszę o litość w opiniowaniu mojej pracy. Łucja jeszcze czeka na swoją czapuchę. Wtedy będzie trio idealne matka, córki, siostry.


Ach, to jeszcze powiem o moim maluchu. Zostało nam jeszcze 10 tygodni. W kwestii datu porodu sporo do powiedzenia będą mieli lekarze ze względu na zapowiedziane już cięcie cesarskie (niestety będzie cięcie... znowu). Malec waży już jakieś 1300g rozpycha się i tupie. Lubi muzykę i chyba będzie kimś charyzmatycznym:)


Pozdrawiam Was ciepło!
Zapraszam na instagrama: sporo się tam dzieje.

13 listopada 2018

Nowa siła


 Pamiętam jak w podstawówce pisałam wypracowanie o planach na przyszłość i swoich marzeniach. Zawarłam tam marzenie o rodzinie. Spełnia się co do joty. Mąż wymarzony obecny oraz sześcioro dzieci nas czym nadal pracujemy... Stan obecny rodziny tata, mama, syn Antoni(9 lat), córka Estera (8 lat), córka Łucja(2 latka). Jako osoby wierzące wiemy, że prócz naszej trójki słodkich urwisów mamy jeszcze dwoje w niebie, których dane nam jest tylko kochać i tęsknić licząc, że kiedyś spotkamy się Tam i poznamy po oczach. Odsyłam do genialnego kawałka Luxtorpedy 44 dni. Brakuje nam do pełni szczęścia ostatniego elementu.


W życiu jest tak, że łatwo osiąść na mieliźnie. Zakotwiczyć się w swojej bezpiecznej strefie komfortu udając, że jest dobrze jak jest. Ale zwykle gdy jest dobrze może być lepiej. Nie zawsze znaczy to łatwiej. Ja zdążyłam osiąść w swojej strefie komfortu już dwukrotnie. Pierwszym razem trzy/cztery lata temu mając dwoje dzieci, pracę na etat z umową na czas nieokreślony i jakieś plany na przyszłość. Wtedy pojawiła się Łucja co było dla mnie jak kubeł zimnej wody wylany na śpiącego. Wyrwała mnie z nijakiego letargu w jaki zapadłam i dała porządnego kopa do działań. Od tamtej pory zdawało mi się, że już jestem na ostatniej prostej do spełniania marzeń. Po roku urlopu macierzyńskiego (w międzyczasie moja firma się zwinęła) znalazłam nową pracę. Na pewno nie lepszą, nie lepiej płatną. Nie lubiłam jej ale jakaś tam  była. Wpadłam w kolejny letarg. 


Babcia siedziała w domu z najmłodszym dzieckiem, starsza dwójka chodziła do szkoły, ja coś tam zarabiałam i zawsze mogło być gorzej. I wtedy zaczęło się. Maj- Komunia Antka. W głębi duszy czułam jakiś dziwny brak. Zdawało mi się, że to tylko brak tego wymarzonego mieszkania z wymuskanymi kącikami rodem z instagrama, determinacji na malowanie paznokci i wizyt w kawiarniach na ploteczkach z mamuśkami "z klasy". Mówię: "Boże. Rób co chcesz. Ja już nie mam pomysłu. " Dwa dni później mój tata trafił na ostry dyżur(zapalenie płuc, zapalenie serca w konsekwencji zawał). Mama, która opiekowała się Łucją w czasie gdy ja pracowałam, została zwolniona na zawsze do domu na rzecz opieki nad tatą. Ja przepraszam rodziców za obnażanie się z tą historią ale jest ona istotnym szczegółem w całej konstrukcji wydarzeń. Odważyłam się prosić szefa o możliwość pracy zdalnej. Od 2013 roku pracowałam jako fotograf i grafik. Ostatni rok bardziej grafik ale rzecz w tym, że jest to praca, którą można robić w domu. Siedziałam, więc po nocach w komputerze. za dnia byłam mamą na pełen etat. Sprzątałam, gotowałam, bawiłam się z dzieckiem, prowadzałam do szkoły starsze, chodziłam, na spacerki do parku i na place zabaw. Zdawało mi się, że trafiłam w sedno spełnienia kobiety: super mama i kobieta pracująca. Zuch na medal! 


 Po miesiącu poczułam zmęczenie. Pracowało mi się jakby ciężej. W dzień spałam z Łucją jak niemowle. Straciłam energię i zapał. Ach, praca po nocach daje się we znaki- mówiłam. Przyszły wakacje, słońce ładowało witaminę D a ja czułam się coraz gorzej. I wtedy wszystko się okazało bo oto już od kilku tygodni kiełkowało we mnie życie. Nie łatwo było mi się pogodzić z tą myślą z racjonalnych pobudek ale w głębi serca bardzo chciałam mieć jeszcze jedno dziecko. Myślałam nawet: jak to?! już koniec? I oto jest. Czekamy wszyscy z niecierpliwością do lutego.



Początek nie był łatwy ze względu na pracę. Po pięciu miesiącach dostałam zwolnienie lekarskie i mimo, że zdawało mi się, że daję radę po miesiącu odpoczynku poczułam przypływ energii i radości. Znowu chce mi się żyć przez duże Ż. Znowu chce mi się robić te wszystkie rzeczy o jakich nawet nie myślałam przez pełen rok. Przez cały rok nie zrobiłam nawet jednego oczka. Ostatnie dwie czapki robiłam jakoś jesienią zeszłego roku. Chyba nic później nie uszyłam, nie namalowałam nic,nawet nie wymyśliłam. 


Teraz zaczęłam nawet haftować o czym możecie się przekonać dziś. Na hafty z USG wpadłam dawno w internecie i nawet żałowałam, że ja nie miałam takiego genialnego pomysłu gdy byłam w ciąży. Trafiła mi się okazja do twórczego spełnienia. Będę mamą! 
Ps: Tata ma się dobrze. Wrócił do zdrowia i pracy. Co więcej pracę zdobyła także mama :)
Ps': Dzieci bardzo się cieszą na nowego braciszka.
Ps": Odsyłam do kolejnego kawałka Luxtorpedy: tym razem z wykopem o rodzinie. Silna lina.
Ps''': Cieszę się z powrotu do blogowania. Lubię to! Ale bardzo przepraszam za pozowanie...
Ps'''': A nie mówiłam, że będzie petarda?
Trzymajcie się słonecznie :)

13 października 2018

Instagram

Witajcie! Tak dawno tu nie zaglądałam, tak mało miałam czasu w minionym roku a nawet dwóch, że prawie zapomniałam o blogu i o tym, że lubię robić inne różne rzeczy prócz naleśników i szarlotek. 
Wydarzenia ostatnich miesięcy sprawiły, że zmieniło się wiele a zmieni się jeszcze więcej (i dobrze!) ale o tym następnym razem.  Będzie petarda :)
Dziś krótko tylko na rozruch. Uruchomiłam wreszcie instagrama blogowego i o ile facebook zupełnie mnie nie zachęcił wręcz zniechęcił, o tyle instagram podoba mi się bardzo i lepiej późno niż wcale. Bardzo wzbraniałam się przed serwisami społecznościowymi ale tak samo wzbraniałam się przed telefonem komórkowym. Dziś nie wyobrażam sobie by miało zabraknąć telefonu choć mimo wszystko nie należę do grupy osób noszących komórkę przy sobie zawsze i wszędzie. Czasem nawet leży odłogiem przez kilka dni aż w końcu wyczerpie się bateria.
Kończąc: zapraszam serdecznie i liczę na odświeżenie blogowych znajomości i zdobycie nowych :)


szarobure i pstrokate na instagramie
<---klik


20 stycznia 2018

Noszę czapki


Czapki szydełkiem. Zielona mojego projektu. Kraciasta podejrzana.
Obie proste i przyjemne. Noszę, ale głównie do zdjęcia.