13 listopada 2018

Nowa siła


 Pamiętam jak w podstawówce pisałam wypracowanie o planach na przyszłość i swoich marzeniach. Zawarłam tam marzenie o rodzinie. Spełnia się co do joty. Mąż wymarzony obecny oraz sześcioro dzieci nas czym nadal pracujemy... Stan obecny rodziny tata, mama, syn Antoni(9 lat), córka Estera (8 lat), córka Łucja(2 latka). Jako osoby wierzące wiemy, że prócz naszej trójki słodkich urwisów mamy jeszcze dwoje w niebie, których dane nam jest tylko kochać i tęsknić licząc, że kiedyś spotkamy się Tam i poznamy po oczach. Odsyłam do genialnego kawałka Luxtorpedy 44 dni. Brakuje nam do pełni szczęścia ostatniego elementu.


W życiu jest tak, że łatwo osiąść na mieliźnie. Zakotwiczyć się w swojej bezpiecznej strefie komfortu udając, że jest dobrze jak jest. Ale zwykle gdy jest dobrze może być lepiej. Nie zawsze znaczy to łatwiej. Ja zdążyłam osiąść w swojej strefie komfortu już dwukrotnie. Pierwszym razem trzy/cztery lata temu mając dwoje dzieci, pracę na etat z umową na czas nieokreślony i jakieś plany na przyszłość. Wtedy pojawiła się Łucja co było dla mnie jak kubeł zimnej wody wylany na śpiącego. Wyrwała mnie z nijakiego letargu w jaki zapadłam i dała porządnego kopa do działań. Od tamtej pory zdawało mi się, że już jestem na ostatniej prostej do spełniania marzeń. Po roku urlopu macierzyńskiego (w międzyczasie moja firma się zwinęła) znalazłam nową pracę. Na pewno nie lepszą, nie lepiej płatną. Nie lubiłam jej ale jakaś tam  była. Wpadłam w kolejny letarg. 


Babcia siedziała w domu z najmłodszym dzieckiem, starsza dwójka chodziła do szkoły, ja coś tam zarabiałam i zawsze mogło być gorzej. I wtedy zaczęło się. Maj- Komunia Antka. W głębi duszy czułam jakiś dziwny brak. Zdawało mi się, że to tylko brak tego wymarzonego mieszkania z wymuskanymi kącikami rodem z instagrama, determinacji na malowanie paznokci i wizyt w kawiarniach na ploteczkach z mamuśkami "z klasy". Mówię: "Boże. Rób co chcesz. Ja już nie mam pomysłu. " Dwa dni później mój tata trafił na ostry dyżur(zapalenie płuc, zapalenie serca w konsekwencji zawał). Mama, która opiekowała się Łucją w czasie gdy ja pracowałam, została zwolniona na zawsze do domu na rzecz opieki nad tatą. Ja przepraszam rodziców za obnażanie się z tą historią ale jest ona istotnym szczegółem w całej konstrukcji wydarzeń. Odważyłam się prosić szefa o możliwość pracy zdalnej. Od 2013 roku pracowałam jako fotograf i grafik. Ostatni rok bardziej grafik ale rzecz w tym, że jest to praca, którą można robić w domu. Siedziałam, więc po nocach w komputerze. za dnia byłam mamą na pełen etat. Sprzątałam, gotowałam, bawiłam się z dzieckiem, prowadzałam do szkoły starsze, chodziłam, na spacerki do parku i na place zabaw. Zdawało mi się, że trafiłam w sedno spełnienia kobiety: super mama i kobieta pracująca. Zuch na medal! 


 Po miesiącu poczułam zmęczenie. Pracowało mi się jakby ciężej. W dzień spałam z Łucją jak niemowle. Straciłam energię i zapał. Ach, praca po nocach daje się we znaki- mówiłam. Przyszły wakacje, słońce ładowało witaminę D a ja czułam się coraz gorzej. I wtedy wszystko się okazało bo oto już od kilku tygodni kiełkowało we mnie życie. Nie łatwo było mi się pogodzić z tą myślą z racjonalnych pobudek ale w głębi serca bardzo chciałam mieć jeszcze jedno dziecko. Myślałam nawet: jak to?! już koniec? I oto jest. Czekamy wszyscy z niecierpliwością do lutego.



Początek nie był łatwy ze względu na pracę. Po pięciu miesiącach dostałam zwolnienie lekarskie i mimo, że zdawało mi się, że daję radę po miesiącu odpoczynku poczułam przypływ energii i radości. Znowu chce mi się żyć przez duże Ż. Znowu chce mi się robić te wszystkie rzeczy o jakich nawet nie myślałam przez pełen rok. Przez cały rok nie zrobiłam nawet jednego oczka. Ostatnie dwie czapki robiłam jakoś jesienią zeszłego roku. Chyba nic później nie uszyłam, nie namalowałam nic,nawet nie wymyśliłam. 


Teraz zaczęłam nawet haftować o czym możecie się przekonać dziś. Na hafty z USG wpadłam dawno w internecie i nawet żałowałam, że ja nie miałam takiego genialnego pomysłu gdy byłam w ciąży. Trafiła mi się okazja do twórczego spełnienia. Będę mamą! 
Ps: Tata ma się dobrze. Wrócił do zdrowia i pracy. Co więcej pracę zdobyła także mama :)
Ps': Dzieci bardzo się cieszą na nowego braciszka.
Ps": Odsyłam do kolejnego kawałka Luxtorpedy: tym razem z wykopem o rodzinie. Silna lina.
Ps''': Cieszę się z powrotu do blogowania. Lubię to! Ale bardzo przepraszam za pozowanie...
Ps'''': A nie mówiłam, że będzie petarda?
Trzymajcie się słonecznie :)

13 października 2018

Instagram

Witajcie! Tak dawno tu nie zaglądałam, tak mało miałam czasu w minionym roku a nawet dwóch, że prawie zapomniałam o blogu i o tym, że lubię robić inne różne rzeczy prócz naleśników i szarlotek. 
Wydarzenia ostatnich miesięcy sprawiły, że zmieniło się wiele a zmieni się jeszcze więcej (i dobrze!) ale o tym następnym razem.  Będzie petarda :)
Dziś krótko tylko na rozruch. Uruchomiłam wreszcie instagrama blogowego i o ile facebook zupełnie mnie nie zachęcił wręcz zniechęcił, o tyle instagram podoba mi się bardzo i lepiej późno niż wcale. Bardzo wzbraniałam się przed serwisami społecznościowymi ale tak samo wzbraniałam się przed telefonem komórkowym. Dziś nie wyobrażam sobie by miało zabraknąć telefonu choć mimo wszystko nie należę do grupy osób noszących komórkę przy sobie zawsze i wszędzie. Czasem nawet leży odłogiem przez kilka dni aż w końcu wyczerpie się bateria.
Kończąc: zapraszam serdecznie i liczę na odświeżenie blogowych znajomości i zdobycie nowych :)


szarobure i pstrokate na instagramie
<---klik


20 stycznia 2018

Noszę czapki


Czapki szydełkiem. Zielona mojego projektu. Kraciasta podejrzana.
Obie proste i przyjemne. Noszę, ale głównie do zdjęcia. 

 
 









27 listopada 2017

Kreatywność bywa lampą

Co łączy elektryczność ze słoikiem ogórków i sznurkiem?

Pewnie gdyby ktoś zadał mi to pytanie niespodziewanie odparłabym: sklep ogrodniczy po godzinie czwartej w zimowe popołudnie. Dziś jednak odpowiedź na to pytanie jest bardziej prozaiczna. Czy aby na pewno? Wszak łączy mnie z nią pomysłowość ściśle uwikłana w zawiłe struktury geniuszu. Pomysłowość łączy. Ale nie sama. Pomysł to tylko pierwsza iskra odpalająca silnik kreatywności. I rusza machina i czas płynie a z pomiędzy palców niczym kalendarze Inków odmierzane w minutach szydełkowe rzędy.
Wiele czasu minęło i wiele kałuży zdążyło się napełnić by potem wysychać ciągle i ciągle. A ja niczym szalony kataryniarz rozkręciłam codzienność do pełnych obrotów. Diabelski Młyn nocy i dni, metafora wzlotów i upadków. Porządnie nasmarowano tryby. Hamulców brak. Kości zostały rzucone. Katarynka gra znów tę samą melodię. Pobudka, śniadanie, obiad, kolacja, usypianie. Pomiędzy końcem a nowym początkiem mało snu.
Uciekłam od wymyślania, działania, pisania z myślą, że to nie istotne, nie warte zachodu wręcz głupie i nie poważne.  Tymczasem z radością znaną tym co powracają z tarczą piszę i dzielę się widokiem o iście świetlanej przyszłości.
Lampę tu przedstawioną zaczęłam robić jakiś rok temu a pojawiała się bardzo powoli. W końcu gotowa. Porządna lampa ze słoja po ogórasach. Certyfikowana oprawka na żarówkę z włącznikiem i kilkadziesiąt metrów sznurka. Designerski produkt handmade, autorski pomysł, ewenement na skalę światową...
Jestem z powrotem i dobrze!
Tymczasem, jak niektórzy pewnie się domyślają, mam pełne ręce roboty. Różnej. Praca na etat, uczniowie w domu oraz niemowlak eksplorujący mieszkanie z pominięciem zasad bezpieczeństwa. Do tego na dokładkę obsługa życia codziennego i jakby tego było mało liczne zainteresowania trudne nieraz do połączenia z życiem domowym, rodzinnym. Oraz trudniejsze sprawy. Jednak dajemy radę i choć trzeba ustalać priorytety, na które nie koniecznie jest chęć czasem zdarza się coś ekstra.








Do zobaczenia wkrótce! :)

1 czerwca 2017

notes

Podziwiam ludzi zorganizowanych, systematycznych i ogólnie życiowo ogarniętych z optymizmem rozpoczynających każdy dzień kończących je z euforią radości. Jeśli chodzi o mnie ręce opadają mi coraz niżej (niedługo prawdopodobnie zupełnie odpadną bo już nie wiem w co mam je wkładać). Kiedyś już pisałam, że wpadłam w pinball mode łażąc z kąta w kąt nie robiąc niczego konkretnego. Łucja (i tak na prawdę w ogóle nikt 😕) mi w tym nie pomaga bo śpi jak zając na miedzy i byle szurnięcie może ją obudzić. Gdy nie śpi angażuje mnie doszczętnie i dba bym się przypadkiem nie przepracowała. Efekt jest taki, że jestem rozdarta między ogarnianiem a zabawą i na nic mi się zda organizator, kalendarz, najpiękniejszy nawet notes. Notorycznie niedospanie nie poprawia mi humoru a delirium twórczości odczuwam niczym głód i pragnienie na środku pustyni. Ten notes zrobiłam phi... dwa miesiące temu? Od różanej sukienki nie zrobiłam nic a marzenia wywołują kłucie serca. Czuję, że niedługo pęknę niczym pęcherz na małym, umęczonym palcu w niewygodnym bucie i powiem co na prawdę czuję i uważam...albo po prostu będę beczeć. Teraz to tylko kilka słów niecierpliwości i filcowy notes, którego pewnie nigdy nie skalam najmniejszą nawet literką.




Liczę, że kiedyś napiszę ociekający optymizmem post pełny różowej waty cukrowej, lukru i posypki wieloowocowej. Może jak tylko przejdzie ta burza czyhająca na horyzoncie... tam za nią na pewno świeci słońce. Tymczasem przepraszam tych wrażliwych, którzy przełykają tylko gładkie słowa ale myśli i uczucia mam skaktusiałe.

11 maja 2017

Sukienka na Chrzest.

Nie omieszkałam zrobić jej własnoręcznie. Nawet nie brałam pod uwagę zakupu ubranka na tę okazję. Sprawdziłam tylko  koszta z niedowierzaniem oglądając paskudztwa z obrzydliwie tandetnych materiałów sprzedawane pod sztandarem "ślicznych sukieneczek" w śmiertelnie nieadekwatnych cenach. Wiadomo. Moje umiejętności krawieckie w dziedzinie szycia ubrań są dalekie od ideałów. Starałam się jednak wybrnąć z zadania z twarzą i mimo wielokrotnego szycia i prucia udało się wykonać sukienkę poprawnie. Kryty suwak, dwuwarstwowa sukienka z grubego, porządnego atłasu i tiulu z garścią płatków i pomponików. Do tego kołnierzyk z koralikami przyszywanymi ręcznie do późnych godzin wieczornych. Rękawki może wyszły 3/4 ale miało to plus taki, że nie zostały oślinione jak zwykle to bywa. Wspaniałe natomiast okazały się do ślinienia płatki wewnątrz tiulu. Lepszej zabawki nie trzeba. Sukienka fruwała i falowała w radosnych szarpnięciach a wnętrze przesypywało się z cichym szelestem przy każdym ruchu. 
Chrzest był w Wielkanoc. Wiele było przygotowań w tym czasie. Szycie, gotowanie, sprzątanie, goście.  Wynoszona, wytulona, wybawiona i wycałowana przez wszystkie matki i babcię. Wreszcie zasnęła na kazaniu jak to zwykle bywa. Przespała moment chrztu. Sapnęła tylko gdy woda wpłynęła po jej główce i spała dalej. Obudziła się zadowolona jako chrześcijanka i dalej zabawiała się kiecuszką z ekscytacją ruchu na rękach u taty.


 



Pozdrawiamy rodziców chrzestnych :)

20 kwietnia 2017

Kocyk dla Basi

Zupełnie zapomniałam o tej rzeczy. Zrobiony parę miesięcy temu (jak ten czas pędzi!) Kocyk jest bratem bliźniakiem zrobionego dawno już kocyka używanego przez Łucję. Tego tutaj używa odrobinkę tylko młodsza Basia, koleżanka Łucji choć obie jeszcze tego nie wiedzą, że się przyjaźnią. Przyjaźnią i to świadomą darzą się natomiast ich matki i obie nie mogą się doczekać by pokonać barierę raptem 120km oraz wiru codzienności i zapoznać ze sobą bobasy.





Bardzo podoba mi się motyw z taką tulipanową bordiurą. Tulipany są ekstra.

A jak minęły święta? Moje były ekstremalne acz baaardzo pozytywne. Ale na to te opowieści przyjdzie jeszcze pora.

28 marca 2017

Mobiliście

Dla mnie liście to wspaniały motyw. Szczególnie po długiej zimie patrzy mi się na nie z nieokiełznaną przyjemnością. Z podobną przyjemnością patrzyłam na nie jesienią gdy zawisły nad łóżeczkiem Panny Łucji i sympatycznie tańcowały przy każdym, najmniejszym nawet ruchu powietrza. Potem Łucja nauczyła się wierzgając wprawiać w ruch całe swoje wyrko przez co liście nie tylko dyndały ale również podskakiwały przy nagłych szarpnięciach nitek. Potem sięgała po listka z pragnieniem dosięgnięcia i schwytania go, potem pożarcia, aż w końcu rączki urosły i wydłużyły się a mały człowiek osiągną swój cel. To był ostatni raz kiedy listki wirowały w radosnym szaleństwie barw. Na pewno je wykorzystam do innej instalacji w przyszłości.




24 marca 2017

Kosmetyczka

Staram się jak mogę by wykorzystać każdą wolną chwilę wspomożoną chęcią i siłą na działania różne. Mam tyle planów a tak mało okiełznania... 
Dziś chciałam Wam pokazać efekt mojej cierpliwości w jaką się ostatnio uzbrajam. Filcowa kosmetyczka z bawełnianą podszewką. Ręcznie, osobiście wszywana igłą i nitką . Zawsze uważałam, że ręczne szycie skraca życie ale efekty są miłe oku. W życiu bym nie dała rady jej wszyć maszynowo. A rączką owszem, dałam :) 
Całość wieńczy rysunek pióra. Mmmm jestem dumna. Znowu.








20 marca 2017

Wiosna

Dziś już wiosna. Podobno. Czekałam do dzisiejszego dnia z prezentacją mojego pewnego malowidła, które zdobi wazę. Namalowałam je nieco ponad rok temu i czekało to całe okrążenie wokół słońca by zabłysnąć w swoim poście. Bez zbędnych podchodów zapraszam do oglądania zdjęć i niech się "sztuka" broni sama. Co myślicie?




Ostatnio wpadam tu tylko jak po ogień. Niestety muszę dzielić te marne 24 godziny doby na wszystkie obowiązki i pasje. Byle nie szewskie. Wygrywa często zdezorientowanie permanentnym zmęczeniem... Słońca, ciepła, witaminy D życzę: jednym słowem WIOSNY!