27 kwietnia 2016

Skrzydlata.

Zdarza się, że ulegam modzie. Czasem jest tak, że jak się coś zobaczy ze sto razy to po sto pierwszym razie zaczyna się na to zwracać uwagę a po sto dwudziestym zaczyna się podobać. Tak było z garderobą o charakterystycznych kwadratowych, wydłużonych połach bez wycięcia dekoltu, które z niemożności zapięcia zwisają z przodu drapując się frywolnie, sięgając nierzadko do kolan. Bluzę czy też kardigan (osobiście nie cierpię tego spolszczenia) wymyśliłam na wiosnę w zeszłym roku i pomysł czekał lata na realizację. Tkaniny zakupiłam w międzyczasie a te dojrzewały wyczekując swoich dni. Latem uszyłam to o czym marzyłam a wykonanie takiej rzeczy wymagało ode mnie raptem sześciu szwów jako, że części tyle i przednie wycięłam razem unikając tym samym szwów bocznych. Rękawy są wąskie i długie jak lubię. Można się schować w niej gdy się ochłodzi, schować ręce w rękawy i owinąć połami niczym szalem.





Zdjęcia wykonane nad naszym polskim morzem. Pamiętacie zeszłe lato? Dało w kość. Długie, suche i upalne. A pamiętacie ten tydzień czy dwa na przełomie lipca i sierpnia kiedy dwa tygodnie na niebie wisiał ołów i nikt nie dowierzał, że to lato? (a może tylko na wybrzeżu było tak fatalnie) Właśnie wtedy byłam na urlopie z rodziną nad morzem... Nie mówię bo i słońce czasem przebijało między chmurami ale przez większość czasu lało i wiało. I było zimno. A dla mnie zwykłe zimno mnoży się razy dwa lub trzy w zależności od dnia. W tamtym czasie było mi zimno po stokroć... Na szczęście uwielbiam morze i dzięki tej specyficznej pogodzie zwiedzając Hel widziałam najbardziej wzburzone fale jakie tylko można sobie wyobrazić na naszym morzu (z wyjątkiem sztormu jak mniemam. Sztormu nie widziałam, więc się nie wypowiadam) Gigantyczne fale, spieniona woda i statki wpływające do zatoki, bujające się na nich jak łódeczki z papieru. Osobiście czuję ogromny respekt dla wody. Ledwo pływam i jeszcze wspomnienia z lat młodości o sytuacjach, z których równie dobrze mogłam nie wyjść korzystnie. Jak byłam mała, skąpałam się w rzece czy może raczej, na moje szczęście, w rzeczce a może po prostu strumieniu. Pamiętam ją jako sporą ale dzieciom wszystko wydaje się wielkie. Potem jak miałam już kilkanaście lat byłam z rodzicami nad morzem. Wiał boczny, mocny wiatr. Nie przeszkadzało mi wtedy trzynaście stopni wody. Zniosło mnie na falochrony. To był taki podwójny, szczerbaty dwurząd pali. Przyczepiłam się do jednego z nich jak koala a fale przetaczały się nade mną miotając mną jak boją. Bałam się wtedy, że woda ciśnie mnie pomiędzy te rzędy i będzie po mnie. U dołu falochronów, pod wodą przy dnie jest dużo głębiej nić by można było się tego spodziewać. Na szczęście tata  dostrzegł mnie i odholował do brzegu. Miałam wtedy podrapane ręce, nogi i brzuch przez chropowate drewno falochronu. 
Lubię patrzeć na wodę. Widok tamtych fal na Helu napawał mnie dziwną dumą i mocą. Gdyby się  tak tylko dało napatrzeć "na zaś".

Dziękuję Wam gorąco za odwiedziny i pozostawione słowa. To dla mnie znaczy wiele.

4 komentarze:

  1. Mam ogromny sentyment do Helskich plaż i w ogóle Helu, mniejszy tłok, we wrześniu ni człowieka na horyzoncie, wolność i szum:)) Pięknie Cię wywiało i Twoją bluzę przy okazji też:) Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam patrzeć na wodę w ruchu, niesie to ze sobą totalny spokój, a takie wysokie fale to mi się marzą od bardzo bardzo dawna tyle że oglądane na irlandzkim brzegu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bluza super - też lubię takie rękawy dłuuugie :) A historia z falochronem traumatyczna!

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetnie wyszedł! Mam tak blisko do morza, a tak rzadko bywam!

    OdpowiedzUsuń

Twoje słowa karmią mojego bloga. Dziękuję!