Szarobure i pstrokate

Get this commentators widget

Szarobure i pstrokate

Obsługiwane przez usługę Blogger.

SUBSCRIBE

Drogi Gościu.

Ponieważ jestem mamą trójki miewam napięty terminarz, ale jeśli któraś z rzeczy zrobionych przeze mnie wyjątkowo mocno Ci się spodobała oraz cierpliwość jest Twoją mocną stroną z chęcią zrobię "coś" i dla Ciebie. Tylko mi o tym powiedz a wygeneruję chwilę byśmy mogli stać się sobie bliżsi o tą jedną niepowtarzalną* rzecz.

mroz.olga(a)wp.pl

*wyjątkową, jedyną na świecie, unikatową


Contact

Obserwujący

statistics

Sparkline

o.m.

o.m.

instagram

instagram

Szukaj w tym blogu

Historia

  • ▼  2018 (6)
    • ▼  grudnia (3)
      • Choinka 2018
      • Champion Miś. Misiowa liga
      • Tak samo różne
    • ►  listopada (1)
    • ►  października (1)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2017 (11)
    • ►  listopada (1)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  maja (1)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (2)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2016 (32)
    • ►  grudnia (2)
    • ►  listopada (4)
    • ►  października (2)
    • ►  września (2)
    • ►  sierpnia (6)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (2)
    • ►  maja (6)
    • ►  kwietnia (3)
  • ►  2015 (21)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  lipca (1)
    • ►  maja (2)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (4)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (21)
    • ►  grudnia (2)
    • ►  listopada (2)
    • ►  października (4)
    • ►  sierpnia (5)
    • ►  lipca (2)
    • ►  czerwca (3)
    • ►  maja (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2013 (62)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (3)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (6)
    • ►  lipca (7)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (3)
    • ►  kwietnia (3)
    • ►  marca (6)
    • ►  lutego (10)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2012 (47)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (1)
    • ►  września (2)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (2)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  maja (3)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  marca (9)
    • ►  lutego (18)
  • ►  2011 (80)
    • ►  grudnia (3)
    • ►  listopada (4)
    • ►  października (3)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (9)
    • ►  czerwca (3)
    • ►  maja (7)
    • ►  kwietnia (6)
    • ►  marca (11)
    • ►  lutego (11)
    • ►  stycznia (8)

facebook

facebook

Drugi blog tu:

Drugi blog tu:
Zobacz jak maluje mróz ;)

Obserwowani

Instagram

Strony

  • o.m.
  • wymianki
  • szycie
  • dzierganie
  • malowanie
  • Strona główna

  • Strona główna
  • Return to Content


Chyba dorastam bo kupiłam sobie buty na obcasie ;) oczywiście mam tam jakieś "na-specjalną-okazję" a teraz mam takie "na-co-dzień". Jeszcze pięć lat temu parsknęłabym śmiechem na wieść, że będę mieć buty na obcasie choć jakoś czułam tak przez skórę, że tak się stanie. Na szczęście nie zmieniłam się na tyle by nie myśleć o wejściu na drzewo czy wytarzaniu się w liściach albo leżeniu na śniegu. W grę również wchodzi grzebanie rękami w ziemi,mizianie trawy  czy łażenie po kałużach. A odkąd mam kalosze legalnie chodzę z dzieciakami :) Ogólnie walczę z przemijaniem zachowując w sobie porządne okruchy dziecka. A tak na prawdę ciąglę marzę o lataniu lub o tym by zmniejszyć się do rozmiaru Calineczki bądź też o tym innym świecie gdzie zwierzęta i rośliny mówią i nic nie ma logicznego wytłumaczenia bo ileż można myśleć o tym czy nam starczy do pierwszego...
A ostatnio marzę o tym jak szybko bym biegła gdybym tylko znalazła się w lesie. Tak bardzo mi brakuje lasu. Odkąd mieszkam pod Warszawą prócz tuj, których niecierpię oglądam jedynie pola kapusty i skrawki zaniedbanych trawników między jezdnią a chodnikiem.

A las? Las to jest coś! W liceum jak miałam doła chodziłam w swoje ulubione miejsce w lesie...
Pare lat wcześniej z bratem zbudowałam tam szałas. Była praktycznie niewidoczny bo jego głównym elementem była gałąź, która rosła bardzo nisko. Przygieliśmy ją do ziemi i pozatykaliśmy przestrzenie między gałązkami czym się dało. Zimą sarny wyjadały co lepsze więc z biegiem czasu daliśmy sobie spokój i pozostały same patyki i liście, które wyrastały niestrudzenie każdej wiosny na nowo maskując naszą misterną konstrukcję. Później brat przestał się interesować moim towarzystwem więc chodziłam już sama. Miejsce było wymarzone. Od leśnego traktu było to zaledwie kilkadziesiąt metrów. Odbijało się w prawo za strumykiem w taką prawie niewidoczną dróżkę, która wiodła do nikąd (dalej były bagna). Później pojawiła się tam ambona ale to już było później... Gdy już się szło tą niewidoczną dróżką teren pochylał się. Po prawej strumień płyną nieco niżej a do szałasu jeszcze trzeba było odbić w lewo, pod górkę aż w zasięgu wzroku pojawiały się jodełki. Szło się tu łatwo bo z jakiegoś powodu rosły w tym miejscu prawie same buki. Uwielbiam buki. Najbardziej zaraz po dębach i grabach. Buki nie pozwalają wyrastać podszyciu więc chodzi się po dywanie z zeschłych liści. A nad głowami nieosiągalne korony, wysoko, wysoko walczące o promienie słońca... Las zawsze kojarzył mi się z gotycką katedrą... Wysokie, smukłe, strzeliste filary; krzyżujące się żebra sklepienia, witraże z liści i tych najcieńszych gałązek... Kiedy już zbliżałam się do strumienia czułam się jakbym zbliżała się do domu. Tak jakoś lżej i bezpieczniej. Potrafiłam godzinami siedzieć nad nim, patrzeć się w malutkie wodospady tworzące się na oślizgłych gałęziach zatopionych w wodzie albo w trawę rosnącą na dnie, która mimo mojej znajomości roślin nie wiem czym była i  którą nurt czesał i targał wiecznie w tym samym kierunku. Gdy już się napatrzyłam a mój umysł zostawał wypłukany z tych wszystkich myśli jakim pozwalałam przepływać przez moją głowę w sposób niekontrolowany, szłam dalej, przeskakując na drugą stronę strumienia/strumyka w zależności od intensywności opadów w ostatnich dniach. Szłam chwilę pod niezbyt strome zbocze i zasiadałam na liściach bukowych układając kształty z szyszek pozbieranych w okolicy lub wbijając patyki w ziemię. Czas wtedy nabierał swojego naturalnego, pożądanego tempa. Mogło mnie nie być najwyżej trzy godziny a mi zdawało się, że minęły dni... Tak. Myślę, że tam zyskałam parę tygodni życia, które mogę dodać do życiorysu jako te, które wydarzyły się przed i po moim istnieniu. To był mój inny świat i mimo, że zwierzęta mnie raczej omijały (i ja byłam im wdzięczna za ich powściągliwość w nawiązywaniu przyjaźni) była to jedna z tych krain baśni, która zasługuje na opis w książce niesamowitej: fantastycznej. Ktoś pomyśli "nuda" a dla mnie każda wizyta w moim ulubionym miejscu, oznaczonym przeciągniętą w brzmieniu literą "U", było jak przejście przez szafę do magicznego świata...

Przyznam, że mnie poniosło moje rozmarzanie się =) ale dzięki temu znów tam byłam!

A dziś prezentuję Panią Dalię z piękną głową... w torbie na zakupy... Nie sfotografowałam tego gadżetu po zasunięciu suwaka: można ją sprytnie zwinąć do środka pokrowca, którą jest kieszonka z suwakiem. A Pani Dalia pozostaje na zewnątrz dumna i blada z tymi wszystkimi swoimi wymalowanymi falbankami.
Znalazłam swój złoty środek. Połączenie trzech rzeczy, które uwielbiam, bez których było by mi smutno. Wahałam się przez pewien czas co ma dla mnie większą wartość: malowanie, rękodzieło czy zamiłowanie przyrody głównie flory. I oto powstała fuzia moich trzech pasji: malowanie flory na własnoręcznie uszytych rzeczach... na moim ulubionym lnie (w sumie obrazy też maluje się na lnie: lnianym płótnie rozciągniętym na krośnie/drewnianej ramie także niewiele się zmieniło prócz formy podobrazia ;P )




Pozdrawiam Was wszystkie i wszystkich gorąco i tak myślę... netu nie mam: jedynie parodię netu w telefonie ale lato się skończyło a może ktoś już za nim tęskni i mu smutno a moje maki z candy mogły by rozweselać tego kogoś ilekroć by na nie spojrzał? Myślę, że losowanie już niebawem! Pa!
Szydełkowa zakładka z włóczki bawełnianej z wiskozową nitką. Zrobiłam ją dość dawno ale nie sfotografowałam nim dostała ją, oczywiście, mama.



A ja dziś czuję się lepiej. Wczoraj na wieczór smażyłam się i dusiłam w sosie własnym. Dobrze, że słonko wyjrzało zza chmur bo miałam wrażenie, że mnie moja ulubiona jesień minęła. No... to do zobaczenia za jakiś czas!
Dziś o godzinie 12:30 nasza Estera skończyła dwa lata :) A dwulatki wyglądają mniej więcej tak: acz zdjęcie dalej niż wczorajsze. (a kapelusik szydełkowany osobiście jeszcze tej wiosny.)


A to fartuch. Teraz już mamy. I malowany ręcznie koperek. Właściwie koprzysko. Foeniculum. Fenkuł. Jak kto woli. Właściwie gdybym sobie nie wymyśliła akurat motywu kopru w życiu bym nie zgadła czym jest fenkuł.


A u mnie kiepsko. Zwłaszcza ze zdrowiem... nie pamiętam żebym kiedykolwiek chorowała we wrześniu acz moja odporność ostatnimi czasy jest co najmniej śmieszna więc co się dziwić... Jeszcze rano czułam się dobrze. Spakowałam dzieciaki i przyjechaliśmy do babci. Babci dzieciaków. A teraz wszystko mnie szczyka i inne przydatki przeziębienia... 
A plany wrześniowe malują się raczej czarno. Czarny wrzesień... jakoś od zawsze te wrześnie bywały ciężkie ale teraz to już przegięcie więc warunek rozwiązania candy, czyli internet, nie będzie spełniony przez następne kilkanaście- dziesiąt dni...

Ale za to bardzo radośnie witam nowe obserwatorki. Jestem zaskoczona liczbą jaka widnieje w nagłówku "obserwujący". Dziękuję za zainteresowanie. To mnie uskrzydla })i({   :))))

Oj... lecę, właściwie idę, a tak na prawdę czołgam się... po jakieś coś na przeziębienie...bo mam w planach robienie dziś pizzy i nie skromnie dodam, że jestem mistrzem w tym domu w robieniu pizzy B) 
Pozdrawiam! (o ile to przystoi choremu ;)
Estera ma Pipi więc Antoś jako, że chciał chłopca to ma wersję pi..pi....piracką :)
Witam nowe obserwatorczynie ;)






Dziś przedstawię Wam kilka zaległości, które zrobiłam już dość dawno. Bynajmniej nie będzie chronologicznie lecz alfabetycznie ;-)

Na pierwszy ogień Lala. Lady Lala. O zgrozo przypomina moją nauczycielkę matematyki... sympatyczną nauczycielkę dodam :) Ile ma wzrostu? Nie wiem. Jakoś nie przyszło mi do głowy żeby ją pomierzyć. Lalę oczywiście ;) Ogólnie rzecz biorąc kombinuję. 



Lew. Oj, już dawno nie szyłam tych swoich zwierzów. Chyba bym powiedziała, że są takie "moje", "w moim stylu". Ale i one ewoluują.


 Wyjaśnię: mysz. Gdyby ktoś miał wątpliwości.


Pipi. To moja pierwsza aplikacja jaką zrobiłam na poszewce na jaśka. Wcześniej Esterka spała na podusi w poszewce, na której spałam jeszcze ja... uznałam, że jest już za stara i zbyt sprana i bezbarwna. Aplikacje są fajne.


Rękaw na torebki foliowe. Kolorowy i elegancki. Wisi sobie na klamce a dzieciaki traktuję go jako worek treningowy.



A teraz o wyjeździe do domu babci- mojego domu. Jutro znów tam wracamy. Tym razem dołączą do nas moi obydwaj bracia. Pracy jest... ufffff. Ogrom. W zeszłym tygodniu zaplanowałam sobie ostre sprzątanie domu skończyło się na czytaniu książki i odganianiu końskich much (no... zerwałam trochę darni z chodnika). Tego domu nikt nie sprzątał od lat. Pająków, pajęczyn, zdechłych robali tam jest tyle, że bałam się tam czegokolwiek dotknąć... Jeśli wejdzie tam ktoś jeszcze ze mną będę mogła przynajmniej mieć wsparcie psychiczne... W dodatku w kuchni jest wielka dziura w podłodze bo dechy spróchniały. Poza tym trzeba było wyłożyć pieniądze na wjazd na podwórko jako, że gmina planuje remont drogi i pogłębianie rowów melioracyjnych, co pochłonęło pieniądze na nasz wakacyjny wyjazd... żegnaj morze. A wjazd będzie w tym roku zrobiony: może. Bo miał być już zeszłej jesieni. Jutro trzeba zebrać trawę i skosić resztę podwórka. Fajnie by było, żeby udało się zerwać darnie z reszty chodnika i oczywiście ogarnąć dom. Będzie nas czwórka do pracy więc myślę, że coś tam popchniemy... może nawet pewnego razu tam zanocujemy... a w końcu zamieszkamy. 

Ostatnio nie wiele byłam w stanie napisać o tym co się u mnie dzieje bo nie działo się nic prócz normalnej prozy życia. Minął kolejny miesiąc znów jak z bicza strzelił ale tym razem łagodne wiatry losu przywiały dość zmienną pogodę. Ogólnie nazwałabym ją ładną. 

Zacznę może od moich planów jakie spisałam w liście na piczątku wiosny. Część rzecz jasna jest spełnionych a część dalej czeka na realizację. Niektóre zaś muszą poczekać dość długo...

Moje marzenia o studiach legły w gruzach. Była to jednak oczekiwana katastrofa. Nie smuciłam się zbyt długo bo wiadomo jak to jest z dostawaniem się na ASP w Warszawie... Mimo to jestem dość mocno zniechęcona i wątpię bym popełniła ten błąd poraz kolejny by próbować sięgnąć po nieosiągalne... Może jestem za słaba a może po prostu inni są lepsi?

Co do marudzenia... Wygląda na to, że Maruda to moje drugie imię i mimo, że staram się jak mogę nawet stwierdzanie faktu w moich ustach jest marudzeniem. Ale jak tu nie marudzić, kiedy patrząc realnie, życiowy optymizm wygląda na czarny humor? 

Ćwiczenia: w prawdzie nie spełniłam planu napisanego drobnymi literkami (jestem pewna, że część osób, która niedoczytała mojej listy prędko zajży tam ponownie ;P ) nie mniej jednak ćwiczę. Pojawiły mi się nawet mięśnie, których obecność była dla mnie zaskoczeniem. Jeżdżę rowerem, trzaskam brzuszki i pompki, macham rękami w dość kontrolowany sposób, kręcę hula-hop, które narobiło mi siniaków (ale to jest takie wciągające!) i zamiaruję skakać na skakance (oczywiśćie nie w takie upały). 

Co to jeszcze było? A! Dokończyć to co nie skończone... no w sumie ten punkt wyszedł mi najgorzej, pomijając katastrofę edukacyjną, ale pisząc go myślałam głównie o szydełkowych pracach, na które nie miałam ochoty dotykać w związku z zaistniałą aurą...

Przeczytać książkę: przeczytałam i kończę obecnie  następnej (wczoraj siedziałam do pierwszej bo nie mogłam się oderwać) oczywiście w mojej ulubionej tematyce fantasy. Kolejna część przygód królewny, właściwie już królowej Inosolan i jej przyjaciela Rapa. Pisałam kiedyś o tej książce/książkach przy okazji szydełkowej zakładki. 
Uff... ale się rozpisałam! Jak nigdy.

Od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że dopisuje mi szczęście ( i może nawet moje "niedostaniesię" było korzystniejsze?) Być może nawet urodziłam się w czepku (muszę zapytać mamy...) ale widocznie mi pewnego dnia uleciał bądź też musiałam uznać, że jest niemodny a z modą wiadomo jak jest- zawsze wraca. Tylko czekać kiedy będzie się chodziło w krynolinach ;)

Teraz więc nastąpi punkt, w którym będę się chwalić. A właściwie nie chwalić lecz dzielić radością.
Otóż stałam się szczęśliwą posiadaczką maszyny do szycia marki Łucznik! W dodatku jest to prezent jaki dostałam od dobrych ludzi!

DZIĘKUJĘ!!!

Dlatego teraz szyję na potęgę: testuję nowe ściegi, szyję rzeczy jakich dotąd nie szyłam a przy tym jestem tak spokojna. A ile jeszcze przede mną? Tysiące kilometrów nitek :)

Zgłaszam nieprzygotowanie! Niestety dziś będzie niestety bezzdjęciowo. Ale za To w niedzielę obiecuję co nieco wlepić. A jutro jadę do domu mojej babci- mojego domu. Biorę aparat  i nie zawaham się go użyć!

Poza tym pojawiła mi się perspektywa wspaniałej pracy dla tego trzymajcie kciuki w szczególności za mnie by mi się udało to co powinno ;) Ale narazie ciii....

Przyszło lato. Należało by opracować jakiś plan działań. Nie mam jeszcze pomysłów. Powiedzmy, że na początek zaplanowałam planowanie planów ;) Tymczasem mówię wam "do zobaczenia" i miejmy nadzieję niebawem. Houk!
Dziś zaprezentuję Wam rzecz już prawie historyczną. Oto serwetka haftowana przez moją ś.p. babcię Reginę. Renię. Przypuszczam, że babcia nie spodziewała się własnej prezentacji prac a tym bardziej w internecie ;) (cóż to u licha?) Mam tych skarbów więcej ale tym razem tylko tyle. Z ową skarbnicą wiąże się pewna, moja słodka tajemnica (i nie chodzi mi tu o "obwyźniego" ktoś wie co mam na myśli?) i nie mogę się już doczekać kiedy będę miała możliwość uchylić jej rąbka. A jeśli chodzi o serwetkę:  pamiętam ją od zawsze.  



Dawno temu jeszcze w podstawówce miałam do napisania wypracowanie o swoim marzeniu. Oczywiście pisałam o szkole, przyjaźni, miłości, rodzinie ale najważniejszym kulminacyjnym momentem tego wypracowania było marzenie by być "fajną babcią". Oczywiście widziałam siebie tak jak widziałam moją babcię. Zawsze mieliśmy chrupki kukurydziane i czekoladę. Zabawa nie kończyła się nigdy i nic nas nie ograniczało mimo, że wakacje u babci równały się z pracą w polu. Nie mniej jednak było to niezwykle przyjemne. Szczególnie kiedy mogliśmy jechać trzy metry nad ziemią na furze siana. Albo dumnie prowadzić krowę z pastwiska. Łażenie po drzewach, jabłka od ciotki Natalki (z jabłonki, która już nie istnieje) najlepsze jakie kiedykolwiek jadłam, bitwy na miecze (zawsze przegrywałam) i Robin z Sherwood (mój ulubiony serial)! Oj rozmarzyć się można aż się łezka kręci w oku...

A czerwiec... w prawdzie jakoś niezbyt czerwcowo dziś ale czerwiec kojarzy mi się z domem mojej babci, kompotem w szklance z paskiem, brzękiem muchy w gęstym od upału powietrzu o zapachu traw...

Pozdrawiam :) i życzę wielu rozmarzeń 


Tak, tak. Ten mały pulchniaczek to ja. Ale nie o mnie tu teraz będzie. Ten piękny "na ten czas onegdaj" kawaler, pięciolatek, jak można wywnioskować po liczbie świeczek na torciku, to mój brat. Starszy rzecz jasna. Jako, że aktualnie przebywam u rodziców w związku z tą fotografią uświadomiłam sobie jedną rzecz. To zdjęcie obchodzi dziś swoją 25 rocznicę. Jaki morał z tego mamy? Tak. Ów kawaler ongisiejszy ma dziś 30 urodziny. Wszystkiego najlepszego bracie! Mam nadzieję, że ten post zrekompensuje to, że do Ciebie nie zadzwoniłam. Nie mniej jednak mam Cię w pamięci :)


ps: przyjrzyjcie się tym oczom pełnym fascynacji ;P



Hej, hej! Jakoś to tak ostatnio się dzieje, że za każdym razem kiedy jestem przy necie jestem u swoich rodziców. Także możecie monitorować moje wizyty ;) 

Ostatni nasz czas spłynął nam pod znakiem chorób... Najpierw Teja miała zapalenie ucha... a potem Antek złapał rotawirusa... to drugie o mało co nie skończyło się szpitalem, na szczęście Antoś jest dzielny i silny... ale namęczył się chłopak. Dziś już po chorobach na szczęście nie ma śladu.

Poza tym obiecane egzaminy wstępne na studia.  Nie powiem jeszcze jakie. To później. Wyniki 06.06. a później kolejny etap... trzymajcie kciuki!

W ramach przypomnienia kilka rzeczy jakie zrobiłam. Niestety tylko część z moich ostatnich poczynań bo nie wszystko sfotografowałam... 

Bransoletka z kokardą i niezapominajką ;)




Paradygmatyczna kura




Pasek po mamie: wersja podniszczona i odnowiona. W sumie sama nie wiem, która mi się bardziej podobała. Ale kiedyś farba znów się wytrze a pasek może trafi wtedy do Tejki?



Pozdrawiam! Houk...

A to może jeszcze na rozweselenie ;)


Dzień dobry, cześć i czołem! Jestem, jestem. Jeszcze żyję. Żyję i mam się dobrze. Właściwie gdyby ktoś zapytał "co nowego" musiałabym się głęboko zastanowić. Praktycznie nic się nie zmieniło prócz dat w kalendarzu acz nie narzekam na brak wydarzeń(chrzciny,wesele, majówka...)
Tak, jestem już mamą chrzestną. Obiecane ubranko dla Stasia wyszło wspaniale acz niestety nie mam jeszcze żadnych zdjęć aby się pochwalić ale przy najbliższej sposobności zrobię to! Wciąż cieszę się pożyczoną maszyną i wprawiam się w szyciu.  Dzieciaki trzymają mnie na najwyższych obrotach więc kiedy tylko mam chwilę i siłę szyję. Na przykład króliki ;) i inne ale nie fotografuje na bieżąco więc chwilowo tyle z oglądania. 
Króliki należą obecnie do moich dzieci. Musiałam koniecznie zrobić chłopczyka i dziewczynkę bo takie było życzenie Antosia ;)





Mam kilka pomysłów i planów ale jak zwykle nic nie powiem...  Tymczasem tyle. 

ps: myślę o candy ;)

Pozdrawiam !

Nowsze posty Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

Suwaczek z babyboom.pl

Follow us

POPULAR POSTS

  • Champion Miś. Misiowa liga
      Na początku grudnia tknęło mnie. Przypomniały mi się nagle wszystkie szyjątka jakich dokonałam przez ostatnie już osiem lat (bo osie...
  • Losowanie
    Nie owijając w bawełnę (bo wiecie: mam imieninowe winko do rozpicia ;)  Randomizer wyrzucił liczbę 28 a według moich obliczeń jako dwudzies...
  • Ramy wdzięczności
    W naszym kraju nie szanuje się rękodzieła. Liczy się więcej i taniej jak głoszą hasła reklamowe. Jesteśmy zalewani tonami plastikowego badzi...
  • Luty jest...
    Albo raczej "jest luty". Ale jeśli już mam uzupełniać zdanie dodałabym "miesiącem zimowym"...Luty kojarzy się z zimnem,...
  • Powrót galopem na białym koniu
    Powroty zwykle niosą ze sobą nadzieję. Nadzieja jeździ na białym koniu co w grzywę wplecione ma wstążki marzeń. Tętent kopyt to bicie ser...
  • Róża wiatrów
    Uszyłam "krzywą" bluzkę i długo myślałam co na niej namalować. Uznałam, że będzie to róża... róża wiatrów. Zielony nie jest zbyt ...
  • Woreczek
    Po ostatnim szyciu dostałam motywacji by uprzątnąć swój twórczy nieład. Teraz w mojej, nazwijmy to pracownią, panuje ład. A na pewno wiem j...
  • I don't knit...
    ... więc umówiłam się z Caitlin Liadan  na wymiankę. Kasia zażyczyła sobie ode mnie worek na robótki z napisem "I knit so I don't ...
  • Patchwork
    Oto mój pierwszy patchwork! Wiem, że to tylko mało szałowa poduszka ale jestem z niej bardzo dumna. Nie mam cierpliwości do powtarzania tyc...
  • Z motywem malwy
    Pamiętacie jeszcze moje ostatnie candy? Spełniłam obietnicę. Wygrana zażyczyła sobie torbę z wybranym przeze mnie motywem kwiatowym. Nie ma...

Categories

szycie szydełkowanie dla dzieci dzierganie zabawki dla domu malowanie malowanie na tkaninie wydarzenia biżuteria decoupage foto fotowyzwanie jesień koralikowanie mała rzecz a cieszy wiosna filc na mokro filc na sucho maluch torby bransoletka poduszki kuchnia zima choinka Boże Narodzenie broszka dziergsession lato na drutach na szyję wyróżnienia akwarelove candy na nogi odnowa tulipany biegam breloczki etui ocieplacz papierkowe tablet Wielkanoc dzieje się haft krajki merrylock 689

Advertisement

Suwaczek z babyboom.pl

FOLLOW US @ INSTAGRAM

Suwaczek z babyboom.pl

About Me

Popular Posts

  • Champion Miś. Misiowa liga
      Na początku grudnia tknęło mnie. Przypomniały mi się nagle wszystkie szyjątka jakich dokonałam przez ostatnie już osiem lat (bo osie...
  • Losowanie
    Nie owijając w bawełnę (bo wiecie: mam imieninowe winko do rozpicia ;)  Randomizer wyrzucił liczbę 28 a według moich obliczeń jako dwudzies...
  • Ramy wdzięczności
    W naszym kraju nie szanuje się rękodzieła. Liczy się więcej i taniej jak głoszą hasła reklamowe. Jesteśmy zalewani tonami plastikowego badzi...
  • Luty jest...
    Albo raczej "jest luty". Ale jeśli już mam uzupełniać zdanie dodałabym "miesiącem zimowym"...Luty kojarzy się z zimnem,...
  • Powrót galopem na białym koniu
    Powroty zwykle niosą ze sobą nadzieję. Nadzieja jeździ na białym koniu co w grzywę wplecione ma wstążki marzeń. Tętent kopyt to bicie ser...
  • Róża wiatrów
    Uszyłam "krzywą" bluzkę i długo myślałam co na niej namalować. Uznałam, że będzie to róża... róża wiatrów. Zielony nie jest zbyt ...
  • Woreczek
    Po ostatnim szyciu dostałam motywacji by uprzątnąć swój twórczy nieład. Teraz w mojej, nazwijmy to pracownią, panuje ład. A na pewno wiem j...
  • I don't knit...
    ... więc umówiłam się z Caitlin Liadan  na wymiankę. Kasia zażyczyła sobie ode mnie worek na robótki z napisem "I knit so I don't ...
  • Patchwork
    Oto mój pierwszy patchwork! Wiem, że to tylko mało szałowa poduszka ale jestem z niej bardzo dumna. Nie mam cierpliwości do powtarzania tyc...
  • Z motywem malwy
    Pamiętacie jeszcze moje ostatnie candy? Spełniłam obietnicę. Wygrana zażyczyła sobie torbę z wybranym przeze mnie motywem kwiatowym. Nie ma...

Advertisement

Copyright © 2016 Szarobure i pstrokate. Created by OddThemes | Distributed By Gooyaabi Templates