Spełniłam swoje marzenie od ho-ho wielu lat. Kupiłam sobie coś... coś co stało się moim postanowieniem noworocznym. Jeszcze nie powiem co to jest. Sekret zdradzę gdy już do mnie dofrunie. Podpowiedzią jest pokrowiec ze szczygłem...
Dałabym posta już w "święto zmiany kalendarza" ale dzieciaki mi uprowadziły pokrowiec zaraz po końcowej kosmetyce gdy wyszłam z pokoju i żadne nie pamiętało ani o pokrowcu ani gdzie został wściubiony. Gdy już się odnalazł, Antek, który zganiał na siostrę przyznał się z nagłym olśnieniem "a... ten ptaszek..."
A wczoraj mieliśmy akcję "pupil"... Zakończenie trochę smutne trochę szczęśliwe ale na pewno rozsądne...
Mój starszy brat zgarną z obwodnicy skierniewickiej szczeniaczka... prawie go przejechawszy... W akcji hamowania brały też udział inne auta ale udało się. Piesek ocalał. Od razu trafił do samochodu brata skąd rozdzwonił się telefon w poszukiwaniu właściciela... W końcu i do mnie wybrano numer... a ja oczywiście się zgodziłam: "A dawaj go tu! Coś się wymyśli (w domyśle, że zostanie...)"
Mała, śliczna, puszysta kulka... Przestraszona, głodna, zmarznięta i nad wyraz śpiąca. I te męczące myśli bo: przecież nie może z nami zostać, ciągle się przeprowadzamy, ciągle włóczymy po świecie, tułamy. To tu to tam. A jak zamieszkamy w bloku? A ten psiak nie wyglądał na potomka mikrusa. A pieniądze? Przecież wciąż nam brak a psiak to wydatek kolejny. A, że jestem zmęczona i sprzątania mam wystarczająco po moich dzieciach... a z drugiej: co tam! Przecież zawsze chciałam mieć psa i dzieciaki się w nim zakochały od pierwszego wejrzenia...
Suma sumarum... znalazł się nowy właściciel zadziwiająco szybko, tu blisko w domu obok, u sąsiada... I znów piekielny rozsądek wziął górę tylko czemu pozostawił po sobie bezsenną noc z czarnymi myślami i czemu wciąż "łaskoczą" mnie oczy skoro stworzenie to słodkie znalazło właściciela, który zadba o nie z pewnością... Tak będzie lepiej dla wszystkich...
;(





















